Najnowsze Wpisy

zarazporownam Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 11:07:00
linkologia.pl spis.pl

NO CUŻ, NOTKA PRAKTYCZNIE O NICZYM. ALE KOMENTARZE MILE WIDZIANE.

Luty powoli się kończył i nastał marzec. Przez kilka kolejnych dni, wbrew przypuszczeniom Henrego śnieg się nie topił. Wręcz przeciwnie, co dnia było go coraz więcej. Biały puch wciąż sypał się z nieba, paraliżując życie w Darkvill.

Minął dokładnie tydzień od potyczki Wendy z bandą Toma, gdy nie wytrzymała. Musiała wyjść na zewnątrz. Jakaś siła ciągnęła ją na śnieg. Musiała wyjść. W pokoju się dusiła. Ile można siedzieć w zamknięciu?

Po obiedzie swoim zwyczajem zamknęła się w pokoju, wcześniej informując wszystkich by jej nie przeszkadzano, bo zamierza się przespać. Nikogo nie dziwiło to, więc zostawili ją w spokoju. Zresztą jedynie Henry i Alucard tylko do niej od czasu do czasu zaglądali, więc miała wolną rękę. Gdy tylko weszła do pokoju od razu rzuciła się do szafy. Otworzyła ją i zaczęła szukać potrzebnych jej ubrań. Czapkę, kurtkę, ocieplacze i rękawiczki rzuciła na podłogę. Z rozmachem zamknęła mebel. Łakomym spojrzeniem spojrzała na odzież i zaczęła się w nią ubierać. Kiedy już była ubrana usłyszała na korytarzu czyjeś kroki. W mgnieniu oka wskoczyła do łóżka i szczelnie otuliła się kołdrą. Przymknęła powieki i czekała na rozwój zdarzeń.

Drzwi skrzypnęły cicho. Do pomieszczenia wszedł Alucard. Z pod pierzyny wystawała jedynie blond strzecha. Uśmiechnął się pod nosem widząc śpiącą wnuczkę. Podszedł do biblioteczki. Spojrzał na śpiącą dziewczynę i wyciągał jedną z wielu ksiąg tam stojących, na jej miejsce wkładając inną pozycję. Nie wiedział czy dobrze robi. Co jakaś książka mogła zrobić zwykłej dziewczynie? Jednak Marietta kazała ją odstawić do biblioteki. Uważała, że może to nieść za sobą jakieś skutki. W końcu to jedna z ICH ksiąg. Podszedł do łóżka i wciąż trzymając w dłoniach gruby, oprawiony w skórę tom, poprawił pościel. Ostatnie raz spojrzał na wnuczkę i wyszedł z pomieszczenia zamykając za sobą ostrożnie drzwi.

Wendy odetchnęła z ulgą słysząc na korytarzu oddalające się kroki. Teraz miała drogę wolną. Zastanawiało ją jednak jedno. Kto był w jej pokoju i w jakim celu? Nie rozdrabniając się dłużej nad błahymi sprawami – za jaką uznała odwiedziny jednego z mieszkańców zamku – wygrzebała się z pościeli i wstała. Ostrożnie otworzyła drzwi i upewniwszy się, że korytarz jest pusty, wymknęła się z komnaty. Niepostrzeżenie doszła do holu. Już miała zbiec po schodach, gdy usłyszała czyjeś głosy. Schowała się w ciemnym kącie i czekała. Rozmowa z każdą chwilą stawała się coraz bardziej wyraźna. Po chwili z jednego z licznych korytarzy prowadzących na hol wyszli Alucard i Marietta.

- Masz tą księgę? – zapytała swoim zimnym tonem kobieta. Jak na co dzień była odziana w długą, szykowną suknię. Długie, rozszerzane rękawy opinały ramiona „pani domu” i podkreślały ich proporcjonalny kształt. Lekko rozszerzony dół kreacji ciągnął się po marmurowej posadzce. Bordowa suknia idealnie podkreślała figurę kobiety, bo trzeba było przyznać, że pomimo swego wieku miała ona niemal nienaganną sylwetkę. Jedynie jej włosy przeplatane siwymi pasmami zdradzały jej nie najmłodszy już wiek.

- Mam, jednak wiedz, że nie pochwalam twego rozumowania – powiedział spokojnie.

- Wiem co o tym wszystkim sądzisz. Sama księga jest bezpieczna, chociaż zawiera prawdziwe informacje, jednak dobrze wiesz, co by się stało gdyby spotkała jednego z.... – dalszej części Wendy nie usłyszała gdyż dziadkowie oddalili się na tyle, że ich rozmowy tworzyły już jedynie niezrozumiały dla niej szum.

Powoli wyszła z zaciemnionego kąta, rozejrzała się po czym szybko i zwinnie zbiegła ze schodów. Podbiegła do drzwi wejściowych i je pchnęła. Te jednak ani drgnęły. Próbowała jeszcze kilka razy, lecz bez skutku. Zrezygnowana wspięła się na parapet małego okienka znajdującego się przy drzwiach i spojrzała w nie. Niemal do połowy było zasypane śniegiem. I wtedy ją olśniło. Okno! Jak wcześniej mogła o tym nie pomyśleć. Tu jednak pojawił się mały problem. Jak ma otworzyć je otworzyć? Znajdowało się ono za wysoko by mogła sięgnąć uchwytu klamki z ziemi. A z parapetu otworzyć by go nie mogła. „Raz kozie śmierć” – pomyślała. Prawą nogą stanęła, tak że lewa swobodnie zwisała w powietrzu. Lewą ręką kurczowo trzymała się krawędzi ściany, natomiast prawą starała się przekręcić klamkę okna. Wbrew pozorom nie było to wcale takie proste. Długo nie używana, zardzewiała i nie chciała ustąpić. Dopiero po chwili z cichym zgrzytem przekręciła się. Okienko powoli się otworzyło. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Wendy przewidziała jedno. Sypki śnieg po otwarciu okna wsypał się do środka. Piętnastolatka w ostatniej chwili złapała się drugą ręką framugi okna, unikając poślizgnięcia się. Spojrzała na marmurową posadzkę, którą zaledwie kilkanaście dni temu szorowała. Leżała na niej mała kupka śniegu, topiąca się w oczach. Nie zwracając na to większej uwagi prześlizgnęła się przez małe okienko i przymknęła je za sobą. Stojąc na parapecie z zewnętrznej strony rozejrzała się. Zastanawiała się jak później wróci do domu. Jednak śnieg wyglądał tak kusząco.

Przechyliła się do przodu i robiąc fikołka wylądowała w białym puchu. Czuła się teraz jak mała dziewczynka. Taka beztroska, bez żadnych obowiązków. Po prostu wolna. Nie ograniczona niczyimi nakazami ani zakazami. Zaśmiała się perliście. Chciała zrobić aniołka, jednak śnieg sięgał dużo wyżej niż ona i mógłby ją zasypać. Wstała z miejsca w którym wylądowała i postanowiła poszukać drzwi wejściowych. Gdzieś musiała mieć w końcu jakiś punkt wyjściowy. Z trudem przepchnęła się do swojego zamierzonego celu, tworząc za sobą wysoki, wąski tunel. Uśmiechnęła się szatańsko i zabrała się za odśnieżanie wejścia. Zajęło jej to kilka dłuższych chwil, jednak z końcowego efektu była zadowolona. Drzwi miały przestrzeń i można je było swobodnie otworzyć.

Lekko zziajana i zmęczona, ale zadowolona ze swojej pracy odwróciła się od wejścia. Z zapałem spojrzała na otaczający ją śnieg. Miała wielką ochotę ulepić bałwana, jednak uznała że nie ma na to warunków – śniegu było po prostu zbyt dużo. Iglo także odpadało – za dużo roboty. Tym bardziej, że teraz zmrok zapadał szybko. Niebezpiecznie zmarszczyła brwi i rzuciła się w zaspę. Sypki śnieg zachodził jej za kołnierz kurtki, jej to jednak nie przeszkadzało. Liczyła się świetna zabawa. Raz po raz wymachiwała rękoma przekopując się prze śnieżne zaspy. Nawet nie zauważyła kiedy zaczęło się ściemniać. Przekopywała białe zaspy, wyznaczając za sobą sieć tuneli.

Nie czuła zimna, mimo że jej rękawiczki już dawno były mokre. Nie zwracała najmniejszej uwagi na mokre buty i sztywniejące z zimna palce. Doszczętnie pogrążyła się w zabawie. Jednak co dobre szybko się kończy.

       Alucard siedział w bibliotece. Na kolanach miał opasłą księgę. W dłoni filiżankę z parującym płynem. Sam siedział przy kominku z nogami opartymi o podnóżek. Biblioteka znajdowała się na pierwszym piętrze. A jej okna mieściły się naprzeciw bramy wejściowej posiadłości McGardnessów. Mężczyzna ziewnął i zatrzasnął księgę. Dopił resztę ciepłej jeszcze herbaty i wstał. Odłożył opasłe tomiszcze na właściwe miejsce. Już miał wychodzić, gdy dostrzegł, iż jeden z rogów firanki się zatoczył. Nie byłby sobą gryby nie poprawił tego.

Postawił filiżankę na stoliku, i podszedł do okna. Delikatnie pociągnął za kant materiału i przygładził jej chropowatą powierzchnie. Uśmiechnął się do siebie i spojrzał za okno. Prawdę mówiąc miał już dosyć tego śniegu, tym bardziej, że zapasy w spiżarni powoli się kończyły, a Kamil nie żałuje sobie jedzenia. Ściemniło się już. Jednak Alucard spoglądając w śnieżne zaspy miał nieodparte wrażenie, że coś jest na podwórku. Istotnie, jakiś ciemny kształt majaczył wśród białego, skrzącego się puchu. Z początku myślał, że to pies lub wilk, który mógł się przypałętać z lasu. Jednak coś mu tu nie pasowało. To „coś” było za duże. Poza tym jak jakiekolwiek zwierze mogło pokonać mury i bramę okalające ich posiadłość? Podrapał się po głowie i doznał olśnienia.

- Wendy! – pokręcił z niedowierzaniem głową.

Pośpiesznie wyszedł z biblioteki. Postanowił się upewnić, czy aby na pewno nie ma jej w pokoju. W zasadzie uważał to jedynie za formalność. Zdążył poznać już Kamila i był przekonany na sto procent, że to nie mógł byś chłopak. Ten z pewnością bezcelowo leżał w pokoju lub spał. Kroki mężczyzny odbijały się echem po pustych korytarzach. Zaskakująco szybko jak na swój wiek pokonał kondygnacje schodów i kilka korytarz dzielących go od pokoju wnuczki. Zapukał po czym wszedł do komnaty. Rozejrzał się. Na łóżku opatulona w pościel leżała osoba której poszukiwał. Tak przynajmniej myślał do póki nie podszedł bliżej i poprawił kołdry. Uśmiechnął się wesoło.

- Niesamowita dziewczyna – w miejscy gdzie powinna leżeć, ułożone starannie zostały poduszki i koc. W tej chwili poczuł jeszcze większą sympatie do dziewczyny. Była bardzo pomysłowa. Umiała kombinować. Była tak bardzo podobna do NICH. Zbyt podobna. „Stosuje nawet te same numery, co ONI” – pomyślał. Westchnął i wyszedł z pokoju, kierując swe kroki w stronę holu.

- Wendy!! Śniegiem zdążysz się jeszcze nacieszyć – dziewczyna odwróciła się gwałtownie słysząc głos dziadka. Wyszła z jednego z tuneli i spojrzała na mężczyznę stojącego w drzwiach. Ręce miał założone na klatce piersiowej. Patrzał na nią pozornie karcącym spojrzeniem, jednak widziała w jego oczach wesołe ogniki.

Uśmiechnęła się do niego szeroko. Dopiero on przywołał ją do porządku. Obudzona jakby z transu, rozejrzała się. Zdziwiła się widząc otoczenie skąpane w ciemnościach. Jedynie śnieg dawał nikłą, skrzącą się poświatę.

- A myślałam, że mnie nikt nie zauważy – mruknęła wchodząc do zamku.

- Prawie się nabrałem – uśmiechnął się do wnuczki zamykając za sobą drzwi – A teraz marsz do pokoju się przebrać.

Dziewczyna nie protestowała. Dopiero teraz poczuła jak jej zimno. Dłonie i stopy miała skostniałe. Gdy tylko weszła do pokoju, do którego o dziwo dotarła bez większych przeszkód, zaczęła zrzucać z siebie ubrania. Wbiegła do łazienki i odkręciła korki. Usiadła na krawędzi wanny i zaczęła rozcierać sobie dłonie i stopy. W końcu, gdy wanna była już wypełniona wodą, wślizgnęła się do niej. Błogie ciepło rozeszło się po jej ciele. Przymknęła powieki i delektowała się cudem, za jaki w tej chwili uznała ciepłą wodę.

Wyrocznia (15:20)

5 których uwierzyło, że magia istnieje


18 września 2006
27. Arthan jest zazdrosny

1. DLACZEGO NIE DODAJĘ NAPISANYCH JUŻ NOT? ODPOWIEDZ JEST PROSTA. LUBIE BYĆ ZABEZPIECZONA. JAKBYM DODAŁA WSZYSTKIE, A NIE MIAŁA WENY BYŁOBY JAK Z POPRZEDNIM BLOGIEM. NIE DODAWAŁABYM ICH PRZEZ DŁUUUŻSZY CZAS. A CHYBA LEPIEJ, ŻE DODAWANE SĄ REGULARNIE?

Wendy otworzyła oczy i ziewnęła przeciągle. Budzik dzwonił od kilku minut. Znów zapomniała go wyłączyć. Z rozmachem walnęła w niego ręką – zamilkł na wieki wpadając z hukiem na ścianę. Przewróciła się na drugi bok, jednak nie mogła ponownie zasnąć. Mozolnie wywlekła się z łóżka i co chwilę ziewając poczłapała do łazienki. Wykonała wszystkie poranne czynności i stanęła przed lustrem. Przygryzła wargę. Wymownie spojrzała na biały materiał wokół jej czoła.

- Chwila prawdy – powiedziała odwijając bandaż. Chciała w końcu ocenić jakie straty poniosła w potyczce z bandą Toma. Kiedy materiał zsunął się, przymknęła powieki. Wzięła głęboki oddech i spojrzała w swoje lustrzane odbicie. Mimowolnie się skrzywiła. To co zobaczyła nie spodobało jej się. W okolicach skroni ciągnęła się wąska zakrzepła już rana. Nie wyglądała zachęcająco. Ale, zawsze mogło być gorzej.

Westchnęła. Ostatni raz z niezadowolenie spojrzała w lustro i zrobiła z bandaża użytek. Stanęła przed szafą i wyciągnęła rękę z zamiarem wyjęcia jakiegoś ubranie, gdy na jej dłoń spadł czarny pająk. Zaskoczona krzyknęła i odsunęła się od szafy, strzepując pajęczaka z siebie.

-Arthan!! – warknęła w końcu. Przez chwilę skrzywiła się i złapała krzesła czekając aż objawy daru przejdą.

- Chciałem zrobić ci niespodziankę! – usłyszała piskliwy głosik. Chyba był zawiedzony.

- Nie rób tego więcej, jeśli chcesz bym zawału serca nie dostała – powiedziała już spokojniej.

- Czego? – zdziwił się jej mały przyjaciel. Spojrzała na niego z politowaniem i uśmiechnęła się ciepło. Obróciła się i jedną ręką odsłoniła zasłony.

- Nieważne...wow – wybałuszyła oczy. Z wrażenia aż usiadła na parapecie.

- O co chodzi? Coś się stało? – dopytywał się.

- Tyle śniegu jak długo żyje jeszcze nie widziałam – wymamrotała.

Biały puch sięgał niemal do połowy bramy wejściowej, co stanowiło około 1,5 m. Gdzie nie spojrzała wszystko było białe. Las jakby zniknął. Miasto niemal zlewało się w jedną białą planę. Tylko gdzie niegdzie widać było zapalone światła i czarne latarnie.

- ...zamku – blondynka była tak zachwycona widokiem panującym za oknem, że całkowicie się odcięła. Dopiero po chwili usłyszała, że Arthan coś do niej mówił.

- Eee...mógłbyś powtórzyć? Zamyśliłam się – przyznała.

Z żalem oderwała oczy od okna i spojrzała na pająka dyndającego na swej nici.

- Mówiłem, że w naszej części zamczyska nie dowiedziałem się na temat Strażników niczego poza imionami. Wszyscy milczą, albo nie na serio nic nie wiedzą – westchnął.

- Imiona mi nic nie dadzą, ale możesz mi je zdradzić.

- A więc, pozostała trójka Strażników to: Astral, Marvel i Immortal.

- Chociaż tyle – mruknęła.

Coś jej się przypomniało. Uśmiechnęła się i spojrzała chytrze na Arthana, który pod wpływem jej spojrzenia przestał się kiwać na nici.

- Czemu tak na mnie patrzysz?

- Niedługo będę miała towarzystwo.

- Ja już tobie nie wystarczam? – oburzył się.

- Nie o to chodzi. Muszę komuś pomóc. Nie mogę patrzeć, jak on się męczy – smutek zagościł w jej spojrzeniu. Już dziś chciałaby go uwolnić, ale nie może. Drogi zasypane. Ojciec jest nieugięty w kwestii jakichkolwiek wycieczek.

- On? – spytał podejrzliwie pająk.

- Jastrząb.

- Aż tak mnie nie lubisz. Zabójcę na mnie sprowadzić chcesz. O nie, nie, nie. Tego nie było w planach. Dlaczego mi to robisz? Dlaczego? – trajkotał jak najęty. Miał za złe dziewczynie, że sprowadzi do zamku jakiegoś drapieżnika.

- Arthan spokojnie, Na pewno się polubicie. Agat...

- O już przeszliście na ty? – zbulwersował się.

- Przestań! Zachowujesz się jakbyś był zazdrosny. Chcę mu pomóc. Jest zamknięty w klatce. Jak ty byś się czuł, gdyby cię zamknięto. Odizolowano od innych?

- To go po prostu wypuść na wolność. Do jego środowiska naturalnego.

- A jednak. Ty po prostu jesteś zazdrosny. A wypuścić na wolność go nie mogę. On nie może latać.

- Eee...jak to? – jego zaciętość gdzieś wyparowała. Znów był przyjaznym pajączkiem.

- Miał złamane skrzydło. Prawdopodobnie nieodpowiednia opieka sprawiły, że chore skrzydło się źle zrosło. Już nigdy nie będzie latał – powiedziała dobitnie.

- Nie wiedziałem, przepraszam. Po prostu, mam mało przyjaciół. Nikt mnie nie lubi. W zasadzie tylko ty zwróciłaś na mnie uwagę.

- Spoko. Rozumiem cię. Sama jestem w takiej sytuacji. Chociaż jestem na dobrej drodze, do zawarcia przyjaźni z pewnymi osobami.

- Fajnie masz – westchnął.

- A właściwie to dlaczego jesteś taki samotny. Wyglądasz na sympatycznego pajączka – uśmiechnęła się do niego wyzywająco.

- Hehe...dzięki. Przy tobie czuje się swobodnie. A w większych skupiskach, przy innych zamykam się w sobie? Staje się małomówny. W mojej społeczności uchodzę, za dziwaka.

Skąd Wendy to znała. Czasami też czuła się jak odludek. Jednak w Darkvill jej życie uległo drastycznej zmianie. Nie chodziło wyłącznie o nawiązanie nowych znajomości, które do tej pory ze skutkiem rujnował Kamil – z resztą teraz też do tego dążył, choć nie z zamierzonymi rezultatami. Odkryła dar i jedną z tajemnic zamczyska McGardnssów. Podjęła także czynną walką z Kamilem i jego kolejnymi gorylami. W pewnym sensie cieszyła się z przeprowadzki. Wprowadziło ona duży wpływ w jej normalne do tej pory życie. Nawet ojciec traktował ją teraz inaczej. Co prawda jego stosunek do niej zmienił się szczególnie po wypadku, jednak i to ją cieszyło.

- Może zaprzyjaźnisz się z Agatem – widząc przerażone spojrzenie pająka, dodała – Pod moim dachem nikomu się krzywda nie stanie.

- Pożyjemy, zobaczymy – skwitował jej wypowiedz – A teraz muszę już uciekać. Do zobaczenia – pisnął i swoim zwyczajem podciągnął się na swej nici i zniknął za meblem.

Wendy westchnęła i podeszła do okna. Usiadła na parapecie i oparła głowę o zimną szybę. Miała niepohamowaną ochotę wyjść na dwór i porządnie wytarzać się w śniegu. Co prawda nie raz widziała śnieg, jednak nie takie ilości. Aż trudno uwierzyć, że to wszystko spadło w jedną noc. Nieprzewidywalna bywa pogoda w Darkvill.

Blondynka siedziałaby tak jeszcze długo, gdyby nie pojawienie się w pokoju ojca.

- Witaj, jak się dziś czujemy? – skąd dziewczyna wiedziała że od tego zacznie rozmowę?

- Dobrze – odpowiedziała na niego nie spoglądając. Uznała, że widoki za oknem są o wiele bardziej interesujące.

- Pięknie prawda? Kiedy byłem w twoim wieku zawsze po takiej śnieżycy wychodziliśmy z przyjaciółmi na podwórek i robiliśmy sieć labiryntów przekopując się przez śnieg. Kiedy śnieg topniał z kolei budowaliśmy potężne igla, przypominające zamki i urządzaliśmy bitwy na śnieżki... – piętnastolatka nie spodziewała się takiej wylewności ze strony ojca. Odwróciła się w jego stronę. Stał tuż za nią i wpatrzony w krajobrazy za oknem rozprawiał o zabawach jakie urządzali z przyjaciółmi. Przyjaciółmi – to słowo wydawało się jej obce. Niby kiedyś miała przyjaciółkę, jednak to było tak dawno. Teraz nie ma nikogo takiego i zapewne nie będzie. Zakolegowała się z czwórką przyjaciół z jej klasy i była bardzo z tego zadowolona, ale czy był jakiś sens w dalszym koleżeństwie? Kamil, Tom, Rob i Liz będą ich prześladować, za sam fakt, że wymieni i nią kilka zdań. Pokazali na co ich stać. Nie cofną się przed niczym. „Zaraz, przecież oni tego chcą” – pomyślała. Doskonale zdawała sobie sprawę jaki cel postawił sobie Kamil. Izolacja od rówieśników i prześladowania. Jakaś część jej buntowała się. Jednak czy warto było poświęcać osoby na których jej zależy? Polubiła ich i nie chciała by stała im się jakakolwiek krzywda. W tym miejscu postanowiła sobie jedno. Nie podda się. Dosyć miała już wywyższania się Kamila. Poza tym, trzeba mu utrzeć nosa i pokazać, że nie ma nad nią żadnego wpływu. A czwórki przyjaciół będzie bronić. Zdawała sobie sprawę, że w porównaniu z trzema rosłymi chłopakami nie ma dużych szans, jednak jedno dawało jej przewagę – oczy. Panicznie bali się jej ognistego spojrzenia. Pora także wykorzystać dar. Jednak najpierw musiałaby nauczyć się go kontrolować. Wyobraziła sobie jak ptak narobił na Kamila i jego towarzyszy. Mimowolnie się uśmiechnęła.

- ...Najlepsze jednak było, gdy przez przypadek trafiłem matkę. Sam fakt że śmiałem w nią celować skazywał mnie na szlaban. A że śnieżka trafiła ją w twarz, to już była dla mnie katastrofa. Przez miesiąc miałem zakaz spotykania się z kimkolwiek. W sumie nie było tak strasznie, jednak nigdy nie zapomnę jej miny kiedy dostała tą śnieżką w twarz – mówił Henry starając się nie roześmiać.

Wendy uśmiechnęła się pod nosem słysząc ostatnie zdania ojca.

- Tato, kiedy będę mogła wyjść? – zapytała patrząc na niego spojrzeniem pełnym politowania.

- Póki śnieg nie stopnieje nigdzie cię nie puszczę.

- Ale, przecież on może leżeć jeszcze kilka tygodni – oburzyła się dziewczyna. Nie zamierzała siedzieć w domu bite kilka tygodni. Co to, to nie!

- W Darkvill śnieg może stopnieć tak szybko jak się pojawił. A lekcje z tego co mi wiadomo są odwołane – powiedział badawczo przyglądając się córce.

- Aha. Ale czy nie mogłabym wyjść, choć na 15 minut. W życiu nie widziałam tyle śniegu. Muszę się nacieszyć – powiedziała błagalnym tonem.

- Dziecko, drzwi nie ma jak otworzyć, a ty chcesz na podwórek? Do póki śnieg nie stopnieje jesteśmy odcięci od świata.

- Eeech – westchnęła, jednak coś wpadło je do głowy – Zaraz, zaraz. Mówiłeś, że po takich śnieżycach wychodziliście z kumplami. Jak wychodziliście, skoro wszystko było zasypane? – popatrzyła na ojca wyczekująco.

- Nie powiem ci bo przy najbliższej okazji mi uciekniesz – pogroził jej palcem uśmiechając się szeroko.

- I tak znajdę jakiś sposób – pokazała mu język.

- Ani mi się waż. Jeszcze mi zamarzniesz!!

- Podobno najprzyjemniejszą śmiercią jest zamarznięcie.

- Wendy!!

- Mi się zdaje czy też wymykałeś się z zamku, niebyt patrząc na zakazy. Bo wątpię, że babcia ci na to pozwalała.

- Młodość musi się wyszaleć – zaśmiał się.

- No właśnie – uśmiechnęła się tryumfalnie.

- Przedwczoraj miałaś wypadek i już się gdzieś wybierasz. Nie moja panno. Zostajesz w pokoju i nie ma gadania – spoważniał.

- I co, za miesiąc też będziesz się jakimś wypadkiem usprawiedliwiał. Tato, nie przesadzaj. Ze sto razy już ci mówiłam, że wszystko jest w porządku!

- A wczoraj wieczorem to co było?

- Chwilowa słabość?!

- Jako lekarz wiem lepiej, co ci można a czego nie! – podniósł głos.

- I właśnie takiego cię nie lubię – lekarza, który zawsze na wszystko patrzy z medycznego punktu widzenia – krzyknęła.

Odwróciła się do niego plecami, czując że zaraz straci nad sobą kontrolę.

- Wendy, ja po prostu się o ciebie martwię – powiedział troskliwym głosem – Nie chcę cię stracić.

- Tato, pora zrozumieć, że jestem już duża i umiem o siebie zadbać.

- W piątek pokazałaś właśnie jakie są twoje możliwości – Wendy wyczuła wyraźną ironię w jego odpowiedzi.

- Gdyby nie wzięli mnie z zaskoczenia, to ich trzeba by było zbierać z chodnika – mruknęła.

- Wzięli? Myślałem, że Kamil działał sam.

- Kamil nigdy nie działa sam – prychnęła – Gdyby nie jego goryle, nic by mi nie zrobił.

Henry zmarszczył brwi.

- Wiesz może jak nazywają się jego koledzy?

- O to pytaj Kamila. Ja ich nie znam – odparła.

- Tak też zrobię. Zjedz śniadanie, przyjdę później – powiedział i wyszedł.

Dopiero teraz dziewczyna zobaczyła tacę stojącą na stoliku. Wcześniej nie zwróciła na nią uwagi. Teraz jednak okazała się bardzo przydatna. Może nie tyle taca, co jej zawartość. Blondynka ponaglana przez własny żołądek, zabrała się do konsumowania owsianki.

Wyrocznia (17:02)
11 których uwierzyło, że magia istnieje

11 września 2006
26. Trzeba działać sposobem

1. NIE CZYTAM KOMENTARZY TYPU ZA KRÓTKA NOTKA. JA TO WIEM, TEŻ MI SIĘ ONA NIE PODOBA,

2. NO DOBRA POCIESZĘ WAS. NAPISAŁAM DZIESIĘC NOT W PRZÓD. OD TRZYDZIESTEJ ZACZYNAJĄ SIĘ DŁUGIE NOTKI, A CZY CIEKAWE?...ZOBACZYMY

Ściemniło się. Z początku niewinnie wyglądający śnieżek, teraz przemienił się w prawdziwą zawiejkę. Jak na początku śnieg występował w śladowych ilościach, tak teraz sięgał niemal do kolan. A do jutra zapewne jeśli nie przestanie padać, zawieje ulice.

Wendy siedziała na parapecie w pokoju i słuchała tyrady ojca na temat „jaka ona jest lekkomyślna”. Ojciec mówił coś zawzięcie gestykulując przy tym rękoma, jednak ona tego nie słuchała. Już bardziej interesowały ją płatki śniegu tańczące za szybą. Zastanawiała się jak ma przekonać ojca i dziadków do jastrzębia. A może powinna zrobić to niepostrzeżenie i kryć go przed innymi?

- Wendy, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – mężczyzna pomachał córce przed oczami.

- Tak tato – odpowiedziała pokornie. Ziewnęła i przeciągnęła się, przez co o mało nie spadła z parapetu.

- A więc, jutro nie idziesz do szkoły i cały dzień zostajesz w pokoju – te słowa były dla niej niczym wyrok. Teraz czuła się dokładnie jak Agat. Zamknięta w złotej klatce. 

 Co? Ale dlaczego? Ja muszę iść do szkoły! – zaprotestowała.

Zeskoczyła z parapetu i stanęła naprzeciwko ojca.

- A jednak mnie nie słuchałaś – westchnął i zaczął tłumaczyć jej swoje poglądy od początku - Jak ty byś się zachowała, gdyby twoje dziecko krótko po dość poważnym wypadku wyszło na spacer, a wróciło po zmroku ledwo trzymając się na nogach w objęciach jakiegoś chłopaka?

- Wypraszam sobie! – zaprotestowała – Potknęłam się, to mnie przytrzymał. A odprowadzał mnie bo było ciemno. I jeśli chcesz wiedzieć, nazywa się Jeffrey – sprostowała.

- Dobra, nie drążę tematu. Tak czy siak. Jutro zostajesz w domu. Stwierdziłem, że jeszcze za wcześnie, byś gdziekolwiek wychodziła.

- Ale dziś już przecież...

- Powiedzmy, że jako lekarz wiem lepiej co jest dla ciebie lepsze. A jako ojciec martwię się o ciebie.

- Jesteś niesprawiedliwy – zmarszczyła brwi i rzuciła się na łóżko.

- Jestem po prostu opiekuńczy – usiadł na skraju łóżka i poklepał ją po plecach.

- Jasne. Na żadne zwierzątko też się pewnie nie zgodzisz, bo po co chować pod dachem darmozjada – postanowiła zmienić taktykę i podstępem przekonać go do kupna Agata.

- Nigdy nie pytałaś o pozwolenie.

- Bo zawsze znałam odpowiedz – burknęła.

- Teraz to ty jesteś niesprawiedliwa. Robisz, ze mnie tyrana który na nic ci nie pozwala. Myślę, że dziadkowie nie mieliby nic przeciwko jakiemuś zwierzątku, byleby nie pałętał się po zamku. Ty też musiałabyś się nim opiekować.

- Czyli się zgadzasz, tak?

- Zaraz, zaraz. Mówiłaś poważnie? Chcesz mieć jakieś zwierzątko? – zdziwił się. Myślał, że to jedynie kolejne zagranie, mające na celu wykazanie, jaki z niego niedobry ojciec.

- Chce – usiadła na łóżku i podciągnęła nogi pod brodę.

- No nie wiem...

- Wiedziałam, że tak będzie – westchnęła i odwróciła wzrok.

- Ja ci nie zabraniam, po prostu musiałbym to skonsultować z dziadkami. Rozumiesz, w końcu to ich dom, a my jesteśmy tu tylko gośćmi.

- Ale przed chwilą mówiłeś, że nie mieliby nic przeciwko, gdyby się nie pałętał po zamku. Będę się nim opiekować, zobaczysz – spojrzała na niego wzrokiem skrzywdzonego zwierzątka.

- No dobra. Niech ci będzie, ale masz się nim opiekować.

- Dzięki tato – krzyknęła i rzuciła mu się na szyję.

- Mam nadzieję, że się na tobie nie zawiodę!

- Nie ma takiej opcji – zaśmiała się. Mogła jutro zostać w domu. Najważniejsze, że przekonała ojca. Agat będzie wolny.

- Zapomniałem zapytać jakie...

Wendy przewidując jakie pytanie chce jej zadać, jęknęła i chwyciła się za głowę. Trzeba było odwrócić uwagę od tematu „na jakie zwierzątko się zdecydowałaś”. Nigdy dobrowolnie nie zgodziłby się na trzymanie jastrzębia w domu. W końcu, kto by się zgodził trzymać dzikie zwierzę w domu?

- Co się dzieje – zapytał troskliwie.

- Głowa... – szepnęła tylko i osunęła się na poduszki. W rzeczywistości ledwo utrzymywała powagę. Była świetną aktorką. A co najważniejsze była wiarygodna.

- Powinnaś iść już spać. To był zbyt męczący dzień dla ciebie. A nie mówiłem, że powinnaś zostać w domu!

- Tatoo!

- No już, dobranoc córciu.

- Dobranoc tato – szepnęła gdy drzwi się zamknęły. Odetchnęła z ulgą. Przez chwilę przysłuchiwała się oddalającym krokom. W końcu zerwała się z łóżka i zaczęła skakać z radości. Była szczęśliwa. Osiągnęła swój cel. Choć musiała się posunąć do podstępu i zagrała niezbyt uczciwie dopięła swego. Agat będzie wolny. Choć nie w pełni, jednak nie będzie zamknięty w szklanej klatce. Teraz pozostało już tylko sprawdzić jastrzębia do zamczyska.

Niedługo po tym jak blondynka zasnęła w jej komnacie zmaterializowały się dwie postacie. Kobieta i mężczyzna. Nie były one ludźmi, nie posiadali także materialnego ciała. Ich ciała stanowiła biała mgiełka. Kobieta była odziana w zwiewną suknię. Długie włosy bezwładnie opadały na plecy. Gdyby była człowiekiem wyglądałaby na 20 lat. Jej spojrzenie było bystre, a zarazem ciekawe. Mężczyzna odziany był w eleganckie spodnie i luźno opadającą koszulę. Był zadziwiająco podobny do kobiety. Na oko było widać, że są rodzeństwem.

Kobieta podeszła do blondynki i dotknęła jej policzka. Szybko jednak cofnęła rękę, widząc reakcje dziewczyny. Z obrzydzeniem spojrzała na swoją półprzezroczystą dłoń, po czym usiadła na parapecie. Wpatrywała się w postać mężczyzny nerwowo chodzącego wokół łóżka młodej panny McGardness.

- Uważam, że nie nadeszła jeszcze odpowiednia pora – odezwała się wreszcie.

Jej głos był czysty niczym powiew wiatru.

- A kiedy nadejdzie? Po pełni? Dobrze wiesz, że zależy nam na czasie! Nie przekażemy jej wszystkiego w jeden dzień! Jestem poza tym zmęczony! Chcę spocząć, a póki ona nie przejmie Amuletów i naszej funkcji, nadal będziemy tu tkwić. Poza czasem. Bez ciała, bez wolności, bez ukojenia.

- Ona potrzebuje...

- Czasu? Dwadzieścia lat szukaliśmy osoby godnej pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. Osoby, której podobnie jak nam przeznaczone było zostanie Strażnikiem Amóletów. To jej i tak nie ominie. Słyszała nas, ma dar. Nie ucieknie przed przeznaczeniem. A do zaćmienia coraz bliżej!

- Myślisz tylko o sobie! Ja też mam już dosyć tej ziemskiej tułaczki. Staram się postawić w jej sytuacji. To będzie dla niej jak wyrok, tym bardziej, że nie panuje w pełni nad darem. Ona potrzebuje czasu ! Podobnie jak my ma się stać Strażniczką. Jednak ona ma strzec dwóch Amuletów. Nie uważasz, że to może ją przerosnąć?

- Elizabeth! Zrozum wreszcie, my nie mamy czasu! – uniósł się!

- Dajmy jej ostatni miesiąc. Ostatni miesiąc beztroski i swobody! – mężczyzna spojrzał na kobietę krytycznym wzrokiem, jednak nic nie powiedział. Zgodził się. Pamiętał jaka odpowiedzialność spoczęła na nich, gdy przejęli Amulety.

- Ostatni miesiąc – szepnął i wraz z Elizabeth rozpłynął się w powietrzu. Przez chwilę w miejscu gdzie stali unosiła się jeszcze biała para, jednak i ona ulotniła się.

Wyrocznia (19:14)
10 których uwierzyło, że magia istnieje

04 września 2006
25. Dziki jastrząb potulny jak baranek

1. KASIULUU MÓWISZ, ŻE „FABUŁA ZA WOLNO SIĘ ROZKRĘCA” – MOŻE I MASZ RACJĘ, JEDNAK TAKI JUŻ MAM STYL PISANIA. JEDEN DZIEŃ MOGĘ OPISYWAĆ W KILKU NOTKACH.

2. ŻEBY DOWIEDZIEĆ SIĘ DOKŁADNIE KIM SĄ „ONI” BĘDZIECIE MUSIELI JESZCZE DŁUUUGO POCZEKAĆ. CHOCIAŻ MOGĘ PODPOWIEDZIEĆ, ŻE WYSTĘPOWALI JUŻ ONI W OPOWIADANIU DOKŁADNIE DWA RAZY I NIEDŁUGO POJAWIĄ SIĘ TRZECI RAZ :)

Jeszcze tego samego dnia po obiedzie, Wendy postanowiła się przewietrzyć. Ojciec i dziadek upierali się by została z pokoju i odpoczywała, jednak i tak postawiła na swoim, wykręcając się, że ma już dość leżenia. Nie mieli nic do gadania.

Było koło trzeciej, gdy Wendy opuściła posiadłość McGardnessów. Szła wolno rozglądając się. Z zadowoleniem podziwiała małe kępki białych kwiatów. Pierwsze oznaki wiosny. Była na obrzeżach Darkvill, gdy zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu. Zdziwiła się. Chyba nigdy nie zrozumie zmienności pogody w tej miejscowości. Chyba nie tylko ona. Wiele osób główkowało nad tym i wciąż nie mogli znaleźć wytłumaczenia. Jedno nasza bohaterka wiedziała na pewno. Nie było to spowodowane anomaliami pogodowymi ani ociepleniem klimatu. To miasto miało swoją tajemnicę. Trzeba było ją jedynie odkryć.

Blondynka tak, jak sobie postanowiła, szła w kierunku sklepu zoologicznego. Od kąd dowiedziała się o darze, chciała porozmawiać z jastrzębiem. To go jako pierwszego usłyszała. Miała nadzieję, że uda jej się skontaktować w ptakiem. Jednak bez względu na to jednego była pewna. Uwolni go. Jednak nie dziś.

Stanęła naprzeciwko sklepu. W szybie zobaczyła swoje odbicie. Niską dziewczynę odzianą w szare bojówki i czarną kurtkę z bandażem wokół czoła, który bardziej przypominał teraz przepaskę.

Spojrzała na ptaka siedzącego na żerdzi. Gdy tylko ją ujrzał skłonił swoją główkę i zatrzepotał skrzydłami. Wendy poczuła znajome zawroty głowy i ukłucie. Zachwiała się, jednak po chwili wszystko minęło.

- Witaj, przyjacielu – powiedziała i niepewnie się uśmiechnęła. Podeszła krok do przodu i dłonią dotknęła zimnej szyby. Ptak przekręcił na bok główkę i przez chwilę wpatrywał się w dziewczynę. W końcu odpowiedział.

- Witaj, pani – ponownie się skłonił – Wiedziałem, że w końcu odkryjesz swoje zdolności i odpowiesz na moje wezwanie.

- Jak to? – zdziwiła się – Ty wiedziałeś?

- Że posiadasz dar rozumienia zwierząt, pani? Wiedziałem od kąd pierwszy raz cię ujrzałem, pani – odpowiedział zgodnie z prawdą.

- A...ale skąd? Skąd wiedziałeś? Czy to można jakoś poznać – przestraszyła się.

Nie chciała by ktoś znał jej sekret.

- Zwykli śmiertelnicy nigdy tego nie odkryją. Wyczułem, że jesteś inna. Zareagowałaś na moje wołanie. Oczy są zwierciadłem twej duszy, pani. Odetchnęła z ulgą.

- Nie zwracaj się do mnie pani. Wendy jestem – uśmiechnęła się lekko.

- Dobrze pa...Wendy – zwrócił się do niej.

- Jak długo już tu jesteś?

- Od kąd złamałem skrzydło. Już nigdy nie wzniosę się w powietrze – spojrzał na nią swoimi wymownymi oczami. Było w nich tyle smutku. Dziewczynie zrobiło się żal ptaka – W tej klatce znajduje się już dwie zimy.

- Zabiorę cię do domu. Przekonam kogo będzie trzeba i zamieszkasz ze mną – odpowiedziała nagle.

Chciała go uwolnić. Sprawić mu choć tyle radości w życiu. Wiedziała jak musiał cierpieć z tego powodu. To tak jakby ktoś nie mógł chodzić.

- Naprawdę? – ożywił się nagle. Jego czarne oczy zabłyszczały.

- Postaram się. Jutro po szkole wpadnę do ciebie i zobaczę co da się zrobić – uśmiechnęła się promiennie.

- Dziękuję - odpowiedział i w podzięce schylił przed nią łepek. Nie pomylił się prosząc ją o pomoc. Miała szlachetne serce.

- No wiesz... – chciała coś powiedzieć, jednak ptak jej przerwał.

- Nic nie mów. Ktoś idzie – zatrzepotał skrzydłami.

Wendy domyślając się, że chłopak słyszał co przed chwilą mówiła, powiedziała.

- Fajny jesteś.

Normalny człowiek usłyszałby w tej chwili skrzek. Jednak Wendy słyszała dźwięczny śmiech. Uśmiechnęła się pod nosem. Ledwo powstrzymywała się, by się nie roześmiać. Musiało to idiotycznie wyglądać. Dziewczyna mówiąca do ptaka, że jest fajny.

Poczuła, że ktoś za nią stoi. W szybie zobaczyła czyjeś odbicie. Poznała w nim Jeffreya – jednego z dwóch chłopaków z którymi zapoznała ją Margareth.

    Jeffrey szedł zły do sklepu. Musiał nakarmić zwierzęta, a że jego matka była zajęta, znów on musiał to robić. Nie żeby nie lubił zwierząt. Nie miał czasu. Już popołudnie, a on wciąż nie ma pracy domowej z fizyki. Jedną kosę już ma. Drugiej zarobić nie mógł. Żeby tego wszystkiego było mało padał śnieg. Z początku drobny i niewinnie wyglądający przemienił się w zamieć. Temperatura na zewnątrz, także nie była zachęcająca.

Szedł idealnie gładkimi chodnikami, pokrytymi białym puchem i rozcierał sobie skostniałe dłonie. Kiedy od sklepu dzieliło go już zaledwie kilkanaście metrów, zauważył przed nim niską blondynkę. Ubrana była z ciepłą kurtkę i ciemne spodnie. Na głowie miała białą przepaskę. Nie miała rękawiczek, a mimo to wyglądała jakby wcale nie było jej zimno. Mówiła coś. Poruszała ustami, jednak nie słyszał co mówiła, był za daleko. Zdziwiło go też zachowanie jastrzębia. Kiedy był już stosunkowo blisko spostrzegł, że blondynka przestała mówić. Sądził, że nie mogła go zauważyć, gdyż stała tyłem. Podszedł do niej i staną za nią.

- Fajny jesteś – usłyszał i mimowolnie uśmiechnął się. Nagle dziewczyna się odwróciła i stanęła twarzą do niego. Skądś ją znał, tylko nie mógł sobie przypomnieć skąd.

- Jeffrey, tak? – zdziwił się, że znała jego imię. Jednak gdy się jej bardziej przyjrzał, także ją poznał. Tylko jedna osoba miała takie dziwne oczy.

- Wendy McGardness?

- No, tak. Tak w ogóle to cześć – powiedziała dźwięcznym głosem.

- Cześć, co tu robisz? Nie jest ci zimno? Wejdź do środka – zaproponował.

Wyjął z kieszeni klucze i otworzył sklep. Dziewczyna choć na początku miała pewne opory skorzystała z jego zaproszenia. Chciała się dowiedzieć czegoś o jastrzębiu.

- Eee...to twój sklep? – próbowała nawiązać rozmowę.

- Moich rodziców. Chcesz coś do picia? Może herbatę, strasznie dziś zimno – powiedział zdejmując kurtkę.

- Jeśli nie sprawi ci to kłopotu – powiedziała przyglądając się różnym gatunkom rybek w akwariach.

- No co ty, jeszcze herbatę zaparzyć umiem – zaśmiał się. Na chwilę zniknął na zapleczu. Wrócił z puszką karmy dla rybek – Co taka dziewczyna jak ty robiła w taką pogodę przed sklepem?

- Spacerowałam po mieście, a że akurat tędy przechodziłam, zatrzymałam się na chwilę – odpowiedziała – A ty pewnie przyszedłeś nakarmić zwierzęta?

- Pan karze, sługa musi – westchnął. Wyglądało to nieco śmiesznie, więc Wendy zaczęła się śmiać – A jak tam zdrówko? Słyszałem, że banda Toma cię nieźle urządziła – wymownie spojrzał na biały materiał na jej głowie.

Dziewczynie momentalnie mina zrzedła. Skąd on wiedział?

- A już lepiej. Sorry, że zapytam, ale skąd wiedziałeś?

- David mi wczoraj opowiedział co się stało. Uważam, że powinnaś odpuścić, inaczej będą cię prześladować. Nie dadzą ci spokoju. Wiem to z doświadczenia. Sam kiedyś też się im stawiałem. Uwierz, nie wyszedłem na tym najlepiej.

- Sorry, że to powiem, ale nie mieszaj się w moje sprawy. Poza tym i tak będą mnie dręczyć. To nie pierwszy raz i ostatni raz.

- Dobra, nic nie mówie. Ale pamiętaj ja cię ostrzegałem.

- Dzięki. Ale kontraatak to moja najlepsza broń. Nie znasz Kamila – powiedziała spokojnie, jakby z żalem – Aha, od razu się ostrzegam Kamil to mój brat.

- Obiło mi się coś o uszy. Współczuje, mieszkać pod jednym dachem z takim idiotą – spojrzał na nią sypiąc pokarm dla rybek do akwarium.

- Hehehe...Nie sądze by rybki były aż tak głodne – zaśmiała się.

- Co? O kurde! – krzyknął.

W rezultacie puszka z karmą wylądowała na ziemi. Pokarm się rozsypał. Woda w akwarium przypominała zupę.

- Wiesz co? To może ja pokarmię resztę zwierząt, a ty zmień wodę zanim te rybki kopną w kalendarz, ok.?

Przez chwile chłopak się zastanawiał, czy dziewczyna sprosta temu zadaniu. Ostatni raz jak pozwolił pokarmić zwierzęta Margareth, ledwo uszły z życiem.

- No dobra – odpowiedział w końcu – Jedzenie jest na zapleczu, ale... - Jak czegoś nie będę wiedziała to cię zawołam – odpowiedziała i zabrała się do pracy. Przyniosła z zaplecza karmy i położyła je na ladzie.

Jeffrey ostatni raz udzielił jej wskazówek i zniknął na zapleczu. Z początku wszystko jej szło jak po maśle. Bez problemu nakarmiła rybki, gryzonie i inne ciekawe okazy. Od początku, gdy znalazła się w sklepie szumiało jej w głowie, jednak stawało się to coraz bardziej nieznośne. Starała się to ignorować, jednak doszły do tego zawroty głowy. Przestraszona spojrzała na jastrzębia. Coś było nie tak. Poczuła znajome ukłucie. Skrzywiła się i zachwiała. Oparła się o blat lady. Szumy przeistoczyły się w szepty. Jej dar dał o sobie znać.

- Muszę nad tym zapanować – szepnęła. Spojrzała na ptaka.

- Wszystko w porządku – usłyszała głos króla przestworzy. Ciche szepty zeszły na drugi plan. Zawroty jednak nie minęły. Ledwo trzymała równowagę.

- T...tak. Zaraz dam ci coś. Poczekaj – szepnęła. Bała się, że czarnowłosy ją usłyszy.

- Nie sądzę – jastrząb nerwowo zatrzepotał skrzydłami.

Wendy w hermetycznym opakowaniu znalazła kawałki mięsa. Wyjęła z niego trochę i chwiejnym krokiem podeszła do szklanej klatki. Podparła się o jej brzeg i otworzyła. Towarzyszył temu cichy szczęk zamka. Wrzuciła mięso na dno klatki i pogłaskała jastrzębia po główce, co nie obyło się bez jego sprzeciwów.

- Ej! Czy ja wyglądam na psa?

- Mało ci brakuje. Choć, wyjmę cię z tej klatki choć na chwilę – szepnęła i wystawiła przedramię.

- Skończyłem – krzyknął Jeffrey wychodząc z zaplecza. Niósł akwarium wypełnione po brzegi wodą. To co zobaczył sprawiło, że omal nie wypuścił szklanego pojemnika z rąk – Wendy! Powoli odsuń się od niego! On jest niebezpieczny!

Wendy przestraszona jego krzykiem obróciła się w jego stronę, czego o mały włos nie przypłaciła upadkiem. Jastrząb tym czasem korzystając z chwili nieuwagi wdrapał się na przedramię blondynki i zadowoleniem spoglądał na przerażonego chłopca.

- Nie denerwuj się Jeffrey, spokojniejszego ptaka w życiu nie widziałam – odpowiedziała dziewczyna podchodząc do czarnowłosego.

- Nie widziałaś go w akcji. Proszę odstaw go do klatki! – panikował.

- Przecież jest spokojny – by to udowodnić pogłaskała go po pierzastej główce. Jastrząb poszedł na kompromis. Zaczął udawać, że się łasi do niej, co wywołało ogromne zdziwienie młodego Allena. Stał i z otwartą buzią wpatrywał się w ptaka to w nią.

- Dziewczyno, jak ty to zrobiłaś? – w końcu wydukał.

- Może mam podejście do zwierząt?

- Jasne – zaśmiała się słysząc głos ptaka.

- Jak on się wabi?

- Agat – odpowiedział chłopak podchodząc krok bliżej.

- Głupszego imienia wymyślić mi nie mogli – oburzył się ptak.

- Nie jest takie złe – uśmiechnęła się. Lecz zaraz przymknęła oczy i zmarszczyła brwi. Zachwiała się. Świat wirował jej przed oczyma. Gdyby nie natychmiastowa reakcja chłopaka runęłaby na podłogę.

Agat do tej pory usadowiony na jej przedramieniu zeskoczył na ziemię.

- Wendy, wszystko w porządku? – dopytywał się zdenerwowany Allen.

- C...co? Tak. Zaraz mi przejdzie – szepnęła. Pomógł jej usiąść na krześle i podał kubek wody.

- Na pewno? Może zadzwonię po pana Morlena?

- Niee! – zaprotestowała – Zaraz mi przejdzie – powtórzyła bez przekonania.

- Jasne, a ja jestem Święty Mikołaj – odpowiedział z udawaną ironią.

- W takim razie, witam Święty Mikołaju. A gdzie twój worek. Byłam w tym roku grzeczna – odpowiedziała z dawnym animuszem – Widzisz już mi lepiej – niepewnie wstała z krzesła. Podeszła do Agata i wskazała na swoje przedramię. Ten posłusznie się na nie wdrapał – No niestety Agatku, koniec twojej wolności na dziś – powiedziała i odstawiła go do klatki.

- Najwyższa pora podjąć naukę okiełznania daru. I dziękuję, za chwilę wolności – usłyszała jego spokojny głos.

Zastanawiała się skąd on wie. Wendy z powrotem usiadła na krześle. „Następnym razem zjem śniadanie i obiad. Takie są skutki niedożywienia” – pomyślała. Wierzyła bowiem, że zawroty głowy były tym spowodowane. W końcu jej organizm zaczął się upominać o swoje. Spojrzała na Jeffreya. Stał jak zahipnotyzowany i gapił się na jastrzębia. Uśmiechnęła się i pstryknęła palcami tuż przed jego oczami. Musiała przyznać, że miał piękne, błękitne oczy.

- Przepraszam, ale ten ptak tak się nigdy nie zachowywał. Nigdy nie pozwalał do siebie podejść. Przy karmieniu odstawia zawsze jakieś numer. Jak ty to zrobiłaś? – spojrzał na nią oczekując odpowiedzi.

- Nie wiem – skłamała – Może po prostu mam w sobie to coś – Spojrzała na zegarek wiszący na ścianie i aż wstała – Jeffrey, ja muszę już spadać. Późno się zrobiło. A jutro szkoła, no wiesz.

- Która? O kurde! Już po piątej? Tak szybko? Nie wyrobie się! Dobra idziemy. Odprowadzę cię.

- Nie trzeba. Dojdę sama. Dwadzieścia minut i jestem w chacie. Poza tym się śpieszysz – mówiła zakładając kurtkę. Nadal miała zawroty głowy, choć nie takie jak przed chwilą. Miała nadzieję, że dojdzie do zamku.

- Mowy nie ma. Jak po drodze mi fikniesz i zamarzniesz, twój duch będzie mnie nawiedzał. Bez obrazy, ale wolę cię żywą – powiedział wychodząc ze sklepu i zamykając drzwi na klucz.

- Jak chcesz – mruknęła.

wyhiliiili : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

lim | dewdrop | agus127 | abcd123 | sreberko | Mailing